Najważniejsze wiadomosci prasowe
sale konferencyjne nad morzem

Kilka słonic ze swymi dziećmi — wyrostkami i babką przebywało w zaroślach tamaryn (…)

January 1st, 1970 by
www v

Kilka słonic ze swymi dziećmi — wyrostkami i babką przebywało w zaroślach tamaryndowców. Ojciec rodziny, zmrużywszy oczy, drzemał.
Już z daleka dostrzegli, że we wsi coś się stało. Bałtyk oglądany z góry lśnił zielonkawo, Holandia zaś cała była pocięta zatokami i kanałami.
Lecz Kruszynka-Tembo nawet nie spojrzała na łakocie. Dostrzegłszy to, dwoje małych lwiątek rzuciło się na ogon tatusia i zatopiło w nim ostre ząbki. — Dziś wieczorem nie powrócił do domu i nigdzie nie można go znaleźć.
A z rana, gdy Ewunia się obudziła, była już w Afryce.)
Mbago od razu zauważył, że koniec trąby chorej słoniczki jest zaczerwieniony i spuchnięty. Niczym prawdziwi zapaśnicy, lwiątka obejmowały się przednimi łapami i starały się przewrócić przeciwnika na ziemię.
— I wcale się nie boisz?
— Wcale.
Mbago roześmiał się w głos. Ewunia zwilżyła w strumieniu liść bananu i sporządziła zimny okład na trąbę. W sawannie zginął mały Mgabo i nie możemy go odnaleźć.
— No dobrze, chodź — zgodził się Mbago. — Nie musiałabym tak często się myć. Babka co prawda wspominała, że w nocy słyszała jakby płacz dziecięcy, ale hieny też czasem śmieją się i płaczą zupełnie jak dzieci. (Musicie wiedzieć, dzieci, że lwy — to wielkie śpiochy.
Przeróżne zwierzęta przechadzały się tu swobodnie i wcale się nie bały ludzi, gdyż wiedziały, że polowanie w Parku Narodowym jest wzbronione.
W śródmieściu wznosiły się nowe, wielopiętrowe gmachy. Wdzięczna matka posadziła sobie dzieci na grzbiet i udała się na poszukiwania Starego-Mądrego-Słonia.
— Hej, wy tam! — krzyknął na sępy.
— Które zwierzę w sawannie jest najwyższe i może najdalej widzieć?
— Żyrafy oczywiście. Rybacy w żaglowych łodziach i czółnach łowili ryby. Po chwili nadchodziła odpowiedź.
Jeden sęp poleciał na północ, drugi — na wschód, trzeci — na południe, czwarty — na zachód.
Owijając długie, sprężyste języki dokoła gałęzi, ściągały z nich delikatnie liście akacji wprost do pysków.
Na polach sizalu pracowały kobiety z motykami w rękach. (Musicie wiedzieć, moi drodzy, że słonie bardzo lubią się kąpać.
— Zaleciałem nad brzeg oceanu. Ich jasne wełniane sukienki są upstrzone różnorakimi czerwonobrunatnymi cętkami. Wujek Ndogo zahamował i powiedział:
— Jesteśmy u celu.
Kły sięgały mu niemal do ziemi. Pasły się na niej szare antylopy gnu, płowe gazele i pręgowane zebry, lecz małego Murzynka nie było — rzekł trzeci sęp. Jedna z nich patrzyła na wschód, druga — na zachód, trzecia — na północ, czwarta — na południe. Jedna chata była znacznie większa od innych.) — Dobrze jeszcze, że Wnuk karmi mnie miękkimi liśćmi, inaczej niechybnie przepadłbym z kretesem. — Dzięki ci, o mądry i potężny Simbo!
— Czy dacie mi wreszcie zdrzemnąć się po obiedzie? — odwarknął lew i zmrużył oczy. Cała rodzina przestała jeść i nachyliwszy szyje, ciemnymi oczami patrzyła na przybyszów.
Cała wioska zbiegła się witać gości. Stary-Mądry-Słoń uczył Wnuka, jak się buduje mosty przez wąwozy i jary (bo słonie nie umieją skakać), jak w łożysku wyschniętej rzeki należy wykopać głęboką studnię, by dotrzeć do wody, jak przechodzić strumień w bród i wielu innych pożytecznych rzeczy, bo to był bardzo mądry i doświadczony słoń. — Cały dzień biegają po sawannie jak szalone. W kącie stały dziwacznie powyginane naczynia.
— Mam słaby wzrok (musicie wiedzieć, moi drodzy, że wszystkie słonie źle widzą i właściwie musiałyby nosić okulary).
Strusie bardzo lubią biegać na wyścigi.
Babcia znużona podrożę, wkrótce zasnęła, Ewunia zaś kołysała się w swym hamaku jak na huśtawce i słuchała dziwnych szmerów.
Daleko, daleko nad wielkim baobabem zobaczył na niebie kilka czarnych punkcików.
— Hej ty, śmierdząca żelazna skrzynio — miały zwyczaj wołać strusie, biegnąc obok samochodu. To ja, Jaszczurka Gekon.
To dopiero była jazda! Jednym susem przez strumienie, galopem przez zarośla. A było to tak. Od jej ukłucia ludzie zasypiają i już nigdy się nie budzę.
Tego już było za wiele. Czasem turyści, przejeżdżający drogą, coś od niego kupowali.
— Kto zaginął, gdzie zaginął, — trajkotały strusie schylając swe cienkie szyje ku ziemi.
Wujek Ndogo był słynnym rzeźbiarzem.

. Na dole wyrzeźbił starego człowieka, na jego ramionach — drugiego i tak aż do samej góry.
— To jest słup pokoleń i widzicie tu wszystkich moich przodków — wyjaśnił wujek Ndogo.

Original post by Iceman

Posted in Uncategorized | No Comments »

recykling kabli

Lwia rodzina dopiero co podjadła sobie do syta i teraz odpoczywała w cieniu olbrzymiego baobabu. B (…)

January 1st, 1970 by
www v

Lwia rodzina dopiero co podjadła sobie do syta i teraz odpoczywała w cieniu olbrzymiego baobabu. Byli bardzo zmęczeni, lecz zadowoleni z doznanych wrażeń.
Małe różnobarwne kwadraciki — to były łany spółdzielczych zbóż, powyginana srebrzysta wstęga — nasza ojczysta rzeka — Dźwina. — A tu braciszek przyniósł ci smaczne owoce tamaryndowca. Z rozkoszy poruszał ciemną kitą na końcu ogona.
— Czyście nie widzieli mego małego synka Mgabo? — zapytała jakaś kobieta, podbiegając do samochodu.
Uprzejma stewardessa francuska nakarmiła je, otuliła miękkimi puszystymi kocami i odeszła, życząc dobrej nocy. (Imieniem Tembo, moi drodzy, w Afryce nazywa się słonie. Lwiątka zaczęły baraszkować, dołączyły do nich dwa lwy — wyrostki i zaczęła się awantura. Czekaj, aż powrócę, i nigdzie sama nie chodź, bo zabłądzisz tak samo jak Mgabo.
— Gdyby cię porządnie wyszorować szczotką, czy nie zrobiłbyś się kapkę jaśniejszy? — cicho zapytała Ewunia chłopca.
Wydostał z kieszeni scyzoryk i za jednym zamachem usunął cierń. — Stało się wielkie nieszczęście. — Nie chcę siedzieć sama w domu.
— Byłoby to całkiem nieźle — Ewunia też się zaśmiała.
Słonie nie widziały zaginionego Murzynka. — Przeszkadzacie mi, jestem senny! — i przymknął oczy. Od wschodu osłaniały go wysokie góry, a w kierunku południowym i zachodnim, jak daleko sięgał wzrok, rozpościerała się równina porosła rzadkimi drzewami i krzewami.
Wujek Ndogo oprowadzał babcię i Ewunię po stolicy Tanzanii — Dar-es-Salaam, leżącej na brzegu Oceanu Indyjskiego.
Tymczasem chora już z apetytem zjadała banany, które jej brat podsuwał do pyszczka. Miało to znaczyć, że się uśmiecha.
— Tak nikogo nie znajdziemy — rozsądnie orzekła Ewunia.
Za miastem droga skręcała i biegła dalej brzegiem oceanu. Raz po raz słonica wznosiła trąbę do góry i trąbiła. Godzinami, prawie nie poruszając skrzydłami, szybują w przestworzach, a zobaczywszy w wysokiej trawie choćby maleńką myszkę, natychmiast spadają jak kamień w dół i chwytają zdobycz. Żyrafy jadły właśnie śniadanie w gęstych zaroślach akacji. Ich gałęzie były usiane żółtymi podłużnymi owocami. Nabrawszy w trąbę wody, chlustał ją sobie na grzbiet i chrząkał z zadowolenia. A we wsi było mnóstwo, mnóstwo dzieci — doniósł powróciwszy pierwszy ptak.
Żyrafy są największymi modnisiami w całej sawannie. Wreszcie przyjechali do jakiejś osady. Był bardzo duży.
— Leciałem nad szeroką, szeroką sawanną.
Póki zwierzęta się posilały, cztery żyrafy — wartowniczki pilnie obserwowały okolicę.
Dokoła placu stały okrągłe chaty o strzechach z liści palmowych. (Słonie co dzień muszą przeżuwać ogromne ilości pokarmu, więc z czasem zęby im się ścierają.
— To musi być Mgabo — ucieszyły się dzieci.
— Dżambo, ojcze Twigi — zwrócił się Mbago do największej żyrafy.
Muszle ułożone na okapie strzechy świadczyły, że naczelnik — to nie żaden biedak, że posiada dość bydła, pieniędzy, żon i dzieci.
Stary-Mądry-Słoń i Wnuk byli nierozłącznymi przyjaciółmi.
— Widzę stado strusi — obwieścił. Podłoga była wysłana matami.
— Jakże w ogromnej, nieprzejrzanej sawannie znajdziemy Simbę? — zmartwił się Mbago.
— Czego chcecie? Może mamy się ścigać? — przyginając małe główki na cienkich szyjach do ziemi, trajkotały jeden przez drugiego.
Pod sufitem wisiały dwa hamaki.
Stary-Mądry-Słoń opuścił trąbę i Mbago jak po drabinie wlazł mu na grzbiet.
Ale choć na czterech nogach, zebry nie mogły dogonić strusi.
— Nie bój się, Biała dziewczynko. Słonica poprosiła jedną z zebr, aby zaprowadziła dzieci do lwów.
Jednak pewnego razu pyszałki dostały za swoje.
— To bardzo szkodliwa mucha.

.
— Ty, gruba świnio na krótkich nogach — strusie skakały dokoła nosorożca i obrzucały go wyzwiskami. Całymi dniami siedział przy drodze w cieniu mangowca i wycinał figurki przeróżnych zwierząt i ludzi.
— Kto by się tego spodziewał? — mówiono w sawannie, rozstrząsając to wydarzenie, i nikt więcej nie próbował drażnić nosorożca. W takie dni cała rodzina musiała się zadowolić kolacją, złożoną z garstki ryżu lub owoców drzewa melonowego, które rosło obok chaty.
— Może zabłąkał się nad jeziorem i nie potrafił znaleźć powrotnej drogi do domu? — pomyślał Mbago.
Pewnego razu Ndogo wziął długi pień hebanowego drzewa i zaczął rzeźbić. Nikt nigdy nie widział czegoś takiego.

Original post by Iceman

Posted in Uncategorized | No Comments »

recykling kabli

Z Bogomoje wujek Ndogo ze swymi gośćmi powrócił późną nocą. Przez okno (…)

January 1st, 1970 by
www v

Z Bogomoje wujek Ndogo ze swymi gośćmi powrócił późną nocą.
Przez okno samolotu Ewunia i babcia patrzyły na ziemię z wysokości dziesięciu kilometrów.
— Spójrz no, dziecino, jaki piękny banan — kusiła ją matka-słonica. Lew bardzo to lubił.
— Mgabo! Mgabo! — wołali.
— Nóg już nie czuję i w głowie mi się kręci — skarżyła się babcia, kiedy wieczorem znów wsiadły do samolotu.
— Dżambo, Tembo — pozdrowiły ją dzieci. Lwica łapą odepchnęła urwisów na bok. Następnego ranka Mbago obudził Ewunię i powiedział:
— Pójdę szukać Mgabo. Jacyż byli czarni! Jak czekolada.
— Nie bój się, Kruszynko, zaraz temu zaradzimy — rzekł Mbago.
— Wszechmocny Simbo — rzekł Mbago przyklęknąwszy.
— Weź mnie z sobą — poprosiła Ewunia. — Ale ty, jeżeli pomieszkasz jakiś czas w Afryce, zrobisz się brązowa jak ja. — Jutro Kruszynka-Tembo będzie zdrowa. Antylopy są znacznie smaczniejsze — Simba skinął głową, wskazując kupę kości, dokoła których, czubiąc się, tłoczyły się sępy.
Zaraz za wsią zaczynał się Park Narodowy.
Przyjaźń została zawarta.
— Spytajcie Starego-Mądrego-Słonia — poradziła babka.
Lew uradowany pochlebstwem straszliwie wykrzywił pysk. Słoniowa trawa sięgała powyżej głów, zasłaniając widok.
Im dalej od centrum, tym domy stawały się niższe i uboższe. Jej grzbiet kołysał się miarowo przy każdym stąpnięciu i dzieciom się zdawało, że płyną wzburzonym oceanem. — Wzlećcie no do góry i rozejrzyjcie się, czy gdzie nie widać małego Murzynka! I ani mi się ważcie wracać, dopóki nie znajdziecie dziecka!
Sępy mają najlepszy wzrok w całej sawannie.
— Więc chodźmy do żyraf — zaproponowała Ewunia. Mangowce rosły tu całymi gajami.
Stary-Mądry-Słoń zanurzony do połowy w wodzie zażywał kąpieli. Na jego brzegu leżała wielka, wielka wieś.
Musicie wiedzieć, że jadłospis żyraf jest nader jednostajny: na śniadanie — liście akacji, na obiad — liście akacji, na kolację — liście akacji, i tak dzień za dniem, rok za rokiem.
Jechali i jechali, ciągnąc za sobą długą czerwoną smugę kurzu, bo ziemia w Afryce jest czerwona. Stary-Mądry-Słoń wygramolił się z wody. W mieście są wysokie, wysokie murowane domy, w domach zaś jak pszczoły w ulach mieszka dużo, dużo dzieci — zawiadomił drugi sęp. Jak świat długi i szeroki nie znajdzie się dwóch jednakowo wystrojonych żyraf.
— To baobab — wyjaśnił Mbago.
— Zęby całkiem mi się starły — poskarżył się Stary-Mądry-Słoń. Wśród nich widziałem małe ludzkie dziecko — wołał już z dala czwarty sęp. Mała Twiga, której Mbago kiedyś wyleczył zranioną nogę, wybiegła mu na spotkanie i pieszczotliwie dotknęła miękkimi wargami kędzierzawych włosów chłopca.
— Tu mieszka naczelnik plemienia — rzekł Mbago. Niósł w trąbie duże naręcze soczystych gałęzi tamaryndowca wraz z owocami. Czyście go nie widziały gdzieś tu w pobliżu?
Ojciec Twigi wyciągnął swą sześciometrową szyję i zmrużywszy powieki o gęstych rzęsach rozglądał się dokoła.
Gości ulokowano w takiej samej okrągłej chacie jak pozostałe. On wie wszystko, co się dzieje w jego królestwie. Były to bardzo ładne ptaki w czarnych frakach, ze śnieżnobiałymi piórami na ogonie i skrzydłach.
W plecionym koszu gościnni gospodarze przynieśli południowe owoce — orzechy kokosowe, banany, pomarańcze, winogrona. Zawsze zdążają za lwami i czekają na swoją porcję łupu. — My mamy dwie nogi, a wy — cztery.
Wtem Ewunia poczuła na policzku delikatne dotknięcie.
Tuż obok pasło się stado zebr wystrojonych w piękne czarno-białe pręgowane kostiumy. Sawanna cała była w wybojach, w które raz po raz wpadały koła, strusie zaś na swych długich nogach przeskakiwały przez wszystkie wgłębienia i kępki.
— Co to jest — mucha tse-tse? — zapytała Ewunia.
Stary-Mądry-Słoń miał rację — pod baobabem leżał sam król zwierząt — lew Simba. — Cała mądrość poszła wam do nóg, w głowie nic nie pozostało.
Wujek Ndogo był rzeźbiarzem. Rzucił się na strusie, one w nogi, lecz Faru rozwinął taką nadspodziewaną szybkość, że największy pyskacz musiał się rozstać ze swymi pysznymi piórami z ogona. Częściej jednak trafiały się złe dni — zwłaszcza wtedy, gdy padał deszcz i turystom nie chciało się wysiadać z samochodów.
Lecz chociaż strusie biegały i bardzo się starały, mały Mgabo przepadł jak kamień w wodę. Rzemiosła nauczył go ojciec, , ojca zaś — dziad.
Cała wioska zebrała się, żeby obejrzeć rzeźbę.

.

Original post by Iceman

Posted in Uncategorized | No Comments »

recykling kabli

Cały dzień i całą noc trwała podróż do Afryki. Wszystkie z troską spoglądały n (…)

January 1st, 1970 by
www v

Cały dzień i całą noc trwała podróż do Afryki. Wszystkie z troską spoglądały na Kruszynkę-Tembo, która już trzeci dzień leżała na ziemi i nic nie jadła. Żona szorstkim językiem czyściła mu gęstą grzywę, której uczepiły się przeróżne ciernie, rzepy i nasiona. Ludzie z pochodniami w ręku brodzili po sawannie i czegoś szukali.
W Paryżu Ewunia z babcią jeździły i biegały przez cały dzień po mieście, by zdążyć jak najwięcej zobaczyć. Cicho jęczała, a z jej oczu sypały się łzy, wielkie jak kurze jaja. Lew otworzył jedno oko i ostrzegawczo warknął.
Całą noc mieszkańcy wsi nadaremnie szukali zaginionego. Na lotnisku powitał babcię i Ewunię wujek Ndogo ze swym synem Mbago. Tkwił w nim ogromny kolec ciernia. Widok był tak zabawny, że Ewunię opuścił strach i parsknęła śmiechem. Ja ze wszystkimi zwierzętami jestem na ty — przechwalał się Mbago.
— Nie — odparł.
— Trzeba to zmieniać co dwie godziny — pouczyła.
— My, lwy, nie jadamy dwunogich istot. — Ale żeby mi nie było żadnego kwękania ani beczenia. Bo na białej skórze widać każdą plamkę.
Co tu robić, co począć? Ani szybkonogie strusie, ani długoszyje żyrafy, ani opryskliwe nosorożce, ani powolne hipopotamy nie wiedziały, gdzie się zawieruszył mały Mgabo.)
— Stary-Mądry-Słoń, żyrafy, nosorożce, hipopotamy i strusie — wszystkie zwierzęta twierdziły, że jedynie ty, o wszechmocny królu zwierząt, potrafisz nam pomóc — nie zrażony mówił dalej Mbago.
Dzieci szły raźnie wydeptaną przez zwierzęta ścieżką, jak wąskim zielonym tunelem. Wszędzie rosły palmy — takie wysokie, że trzeba było dobrze zadzierać głowę, by dojrzeć wierzchołek, wszędzie kwitły niezwykłe, barwne kwiaty.
Na prężnych nogach kroczyła szybko i cicho po wysokiej trawie sawanny. Ptaki niechętnie przerwały ucztę i zbliżyły się do lwa. Mają takie długie szyje, że dosięgają nawet najwyższych gałęzi akacji. Chłopcy, zręczni jak małpy, wdrapywali się na palmy kokosowe i zrzucali na dół orzechy wielkości dziecięcej główki. Słonica skręciła w stronę rzeki.
— Widziałem modre, modre jezioro. Matki troskliwie naginały co soczystsze gałązki maleństwom. Z sizalu wyrabia się najmocniejsze liny w świecie — takie mocne, że nawet stu ludzi ich nie rozerwie.)
— Dzień dobry, dziadku — powiedziała słonica. Stoi tam ogromne, ogromne miasto. W każdej okolicy cętki mają inny kształt: w jednej są czworokątne, w innej — trójkątne, a u żyraf z Kilimandżaro przypominają gwiazdki.
Na środku wielkiego placu rosło ogromne, rozłożyste drzewo.
— Jak zdrowie? — zapytała słonica.
— Na skalistej górze mieszka stado pawianów.
Ta, która patrzyła w stronę wsi, już z daleka dostrzegła dzieci przedzierające się przez wysoką słoniową trawę. Na jej szczycie błyszczała szklana kula.
Tak lekko i cicho, że nawet gałązka nie trzasnęła, przez gąszcza ciernistych krzaków przedzierał się Wnuk.. — Zaginął mały Murzynek Mgabo. Ewunia rozdała dzieciom łakocie i wkrótce zaprzyjaźniła się z nimi.
Wysłuchawszy opowieści o zaginionym Mgabo, Stary-Mądry-Słoń powachlował się ogromnymi uszami i rzekł:
— Musicie pójść do króla zwierząt — lwa Simby. Może one widziały zaginionego chłopca?
Ojciec Twigł gwizdnął i w okamgnieniu przybiegły strusie.
— To są dynie, trzymamy w nich wodę — wytłumaczył Mbago. — Wdrap się na mój grzbiet i popatrz, czy gdzie nie latają sępy ścierwojady.
— Chodźmy się ścigać, kto pierwszy — proponowały pręgowanym zebrom. «Czik-czik-czik» — nawoływały się dokoła tajemnicze stworzenia. Były to sępy. — Będziemy się ścigać!
Lecz i samochód nie mógł się mierzyć w biegu ze strusiami. Śpij spokojnie, my w waszej chatce wyłapałyśmy wszystkie mos-kity, widliszki i muchy tse-tse. Ewunia ze strachu uczepiła się oburącz grzywy zebry, żeby nie spaść na ziemię. Nosorożca Faru okropnie bolały zęby i był zły na cały tu ni stąd, ni zowąd obstąpiły go strusie i dalejże nagabywać jak zwykle:
— Chodźmy się ścigać! Chodźmy się ścigać!
— Wynoście się, głupie ptaki — warknął Faru. Ale ty śpij spokojnie, dobrej nocy!
Zasypiając Ewunia słyszała, jak po strzesze z palmowych liści snują się dobre jaszczureczki Gekony. Maleńkie oczka Faru nabiegły krwią z wściekłości. Wtedy wujek Ndogo był rad. — My go zaraz znajdziemy. Czasem przyjeżdżano doń po zakupy aż z samej stolicy. Na syczycie zaś wyciął małego chłopca — swego syna Mbago.
Następnie wystawiono to arcydzieło w stołecznym muzeom i jeszcze dziś podziwiają je tysiące zwiedzających.

Original post by Iceman

Posted in Uncategorized | No Comments »

recykling kabli

By zarobić na utrzymanie swej rodziny, wujek Ndogo musiał pracować od wczesnego rana aż do póź (…)

January 1st, 1970 by
www v

By zarobić na utrzymanie swej rodziny, wujek Ndogo musiał pracować od wczesnego rana aż do późnego wieczora, lecz gdy nadeszła niedziela, udał się z gośćmi do miasta Bogomoje.
Nie można być jednocześnie i dużą i maleńką, powiecie.
Żyli wśród mórz, nie znali burz, rzecz najzupełniej pewna.

Kto jest beksą i mazgajem,
Ten się do nas nie nadaje,
Niechaj w domu siedzi sam,
Ram tam tam, ram tam tam. Ewunia i Mbago godzinami pluskali się w oceanie jak w wannie z ciepłą wodą.

Tatuś z mamusią mieli wziąć udział w wyprawie do dalekiego syberyjskiego kraju.

Lecz srogi los, okrutna śmierć w udziale im przypadła,
Króla zjadł pies, pazia zjadł kot, królewnę myszka zjadła.
— Jestem stary, bardzo stary, o Biała-Dziewczynko-z-Dalekiego-Północnego-Kraju — ni to we śnie, ni to na jawie słyszała Ewunia jakiś głos.
— Dlaczego dzieci nie rosną tak szybko jak słonecznik za oknem? — głowiła się Ewunia. Zebry i antylopy, lwy i żyrafy spokojnie przechadzały się po brzegu oceanu. Michaś od sąsiadów co prawda twierdził, że jego babcia umie strzyc uszami jak koń, ale któż to widział? Poza tym wszyscy wiedzieli, że Michaś lubi się przechwalać.
Przybysze mieli broń, co wypluwała błyskawice i pioruny.
— Czy twoja babcia tak umie? — zapytała Ewunia Michasia.
Spójrz na ten łańcuch, Biała-Dziewczynko-z-Dalekiego-Północnego-Kraju. Wyjęła z torby gruby list i podała Ewuni.
Handlarze niewolnikami więzili nieszczęsnych w lochach fortecy, a nocami zapędzali na okręty.
Babcia włożyła okulary, rozcięła kopertę i zaczęła półgłosem czytać.
Handlarze niewolnikami nie znali litości.
Wreszcie babcia odłożyła list i dopiero wtedy dostrzegła dwie pary oczu, zwrócone ku niej z niemym pytaniem. Całe połacie Afryki opustoszały.
— U nas — zaproponował Michaś. Ze wszystkich stron przychodzili wyzwoleni Afrykanie, by pożegnać swego przyjaciela i odprowadzić go w daleką drogę do Anglii. Czuła, że zaraz, ale to zaraz się rozpłacze, a wtedy Michaś znów zarechocze.
— Owszem, prawda.
— Nie smućcie się — pocieszała je Ewunia. Tuż obok strasznej fortecy, w której więziono mych rodaków, buduje się dużą, nowoczesną szkołę. Nad oceanem niby złota łódeczka płynął księżyc.

Original post by Iceman

Posted in Uncategorized | No Comments »

recykling kabli

Ewunia — to była Ewunia, czasem duża, czasem maleńka. Żyli wśród mórz, nie znali burz, rze (…)

January 1st, 1970 by
www v

Ewunia — to była Ewunia, czasem duża, czasem maleńka.
Żyli wśród mórz, nie znali burz, rzecz najzupełniej pewna.

Mamy klocki, kredki, farby,
To są nasze wspólne skarby,
Bardzo dobrze tutaj nam,
Ram tam tam, ram tam tam. Niebo i ocean były lazurowe. Natomiast gdy tego samego wieczoru Ewunia miała zamiar
pójść razem z rodzicami do teatru, natychmiast jej mówiono:
— Nie możesz, jesteś jeszcze za mała.
I ona też kochała ich, kochali się wzajemnie.
Znużone południowym upałem dzieci siadły obok wujka Ndogo i babci w cieniu olbrzymiego baobabu. — Musisz jeszcze podrosnąć.. Gdy byłem jeszcze młody, na mych gałęziach ptaki ufnie wiły swe gniazda i małpy jadły me owoce.
Ewunia miała babcię — taką, jakiej nie miało żadne dziecko w podwórku. Nocami zamykali się w swych domach, też przypominających ciasno ustawione obok siebie twierdze, z oknami od podwórza. Babcia nakreśliła koło, dorysowała do tego dwoje odstających uszu, rozczochraną czuprynę, małe oczka jak dwa guziki, uśmiechniętą buzię od ucha do ucha — i wszystkie dzieci od razu poznały — to Michaś. Nieszczęśników zakutych w ciężkie kajdany spędzano tu tłumnie.
— No i co z tego?
Wtem na podwórko weszła pani listonoszka. Lecz ja jestem tylko drzewem, głęboko wrośniętym korzeniami w glebę, ja w niczym nie mogłem im pomóc.
— Tanzania — sylabizował Michaś.
Wielu z nich rzucało się do morza i tonęło, inni woleli śmierć głodową od niewoli.
— Ja przez ten czas mógłbym przeczytać cala książkę, albo i kilka — szepnął Michaś Ewuni na ucho. Trzysta lat obserwowałem cierpienia tych biednych ludzi.
— Rada bym pojechać, ale gdzie ciebie zostawię? — zastanawiała się babcia. I właśnie przed stu laty — w maju 1873 roku zmarłego Livingstone’a jego wierni słudzy przenieśli przez całą Tanzanię i złożyli w mym cieniu. Ewuni podstępiły łzy do gardła.
— Wujku Ndogo, czy to prawda, że niegdyś było to miasto niewolników? — zapytała Ewunia.
Michaś i pozostałe dzieci snuły się dokoła z nosami spuszczonymi na kwintę, zzieleniałe z zazdrości. Popatrz, jak zgodnie bawią się na plaży białe i czarne dzieci. Niebo pociemniało, zabłysły na nim pierwsze gwiazdy.

Original post by Iceman

Posted in Uncategorized | No Comments »

recykling kabli

Był sobie król, był sobie paź i była też królewna. Mamy tu zabawek wiele, Razem bawić si (…)

January 1st, 1970 by
www v

Był sobie król, był sobie paź i była też królewna.

Mamy tu zabawek wiele,
Razem bawić się weselej,
Bo kolegów dobrych mam,
Ram tam tam, ram tam tam.
Pogoda była cudowna. Gdy babcia potrzebowała czegoś w sklepie, mówiła:
— Pobiegnij Ewuniu, jesteś już dużą dziewczynką.
I ona też kochała ich, kochali się wzajemnie. Niektóre były tak wielkie i ciężkie, że Ewunia ledwie mogła je udźwignąć, inne okrągłe, lśniące, jednak najładniejsza ze wszystkich była pstra muszla o sześciu rogach.
— Nic z tego — rzekł stanowczo tatuś.

Lecz żeby ci nie było żal dziecino ukochana,
Z cukru był król, z piernika paź, królewna z marcepana,
Z cukru był król, z piernika paź, królewna z marcepana. — Już pięćset lat witam wschodzące słońce, wynurzające się z Oceanu Indyjskiego. Nade wszystko w świecie pragnęła Ewunia szybciej dorosnąć. Zbudowali fortecę otoczoną grubym murem. Gdy wychodziła na podwórze z blokiem w ręku, natychmiast zbiegały się dzieci i prosiły, by im coś narysowała. Tanimi paciorkami, lusterkami i napojem, który najmocniejszego mężczyznę przemieniał w słabowitego głupca, oszukiwali miejscowych wodzów, a ich poddanych brali w niewolę. — Albo prowadzić trolejbus?
— Ależ twoja też nie umie. Nieprzytomni od razów i bólu, głodu i pragnienia tulili się do mnie.
Babcia otrzymywała listy z wielu krajów z całego świata, lecz takiego ładnego znaczka nie było jeszcze na żadnym z nich — dwie żyrafy wyciągające długie szyje wprost do nieba, a w głębi pokryty śniegiem szczyt górski. Od tamtych czasów tak właśnie nazwano to miasto: Bogomoje. Babcia mruczała pod nosem okropnie długo. Zaledwie jeden z dziesięciu zdołał znieść głód i pragnienie, kołysanie okrętu i zaduch, pozostali umierali w drodze do dalekiej Ameryki.
— Musisz jechać — zadecydowała Ewunia. Wielki podróżnik i przyjaciel Murzynów Dawid Livingstone w ciągu całego swego życia walczył o zniesienie niewolnictwa.
Dragon — to słowo nie mogło znaczyć nic dobrego. Nad głową cicho szumiał baobab.
Babcia popatrzyła na wnuczkę i twarz jej rozjaśnił dobrotliwy uśmiech:
— Co ma być, to będzie, pojedziemy obie do kraju słoni i żyraf. Teraz w Bogomoje jak i w całej Tanzanii nastało nowe życie..
Słońce zachodziło za palmowym gajem..

Original post by Iceman

Posted in Uncategorized | No Comments »

recykling kabli

Jestem sobie przedszkolaczek, Nie grymaszę i nie płaczę, Na bębenku marsza gram, Ram tam tam, (…)

January 1st, 1970 by
www v

Jestem sobie przedszkolaczek,
Nie grymaszę i nie płaczę,
Na bębenku marsza gram,
Ram tam tam, ram tam tam. Leży ono na samym brzegu Oceanu Indyjskiego. Owszem, można.

Kochał się król, kochał się paź, kochali się w królewnie.
. W białym przybrzeżnym piasku leżały sękate korale, i piękne muszle. Ewunia też się zakrzątnęła — odszukała maleńki plecak, włożyła doń lalkę Majkę, stare wełniane pończochy z dziurami na piętach i rękawice z jednym palcem.
Króla zjadł pies, pazia zjadł kot, królewnę myszka zjadła. Brzmiał łagodnie, jakby wietrzyk szemrał w liściach drzew. Wiosną zakopała w ziemian pestkę, a teraz okrągły kwiat niby małe słoneczko jaśniał wysoko nad głową dziewczynki. Lecz potem na okrętach z białymi żaglami przybyli tu źli ludzie.
Babcia Ewuni umiała rysować. Ugodzeni nimi ludzie padali na ziemię bez życia i więcej już nie powstawali.
— A czy twoja umie włazić na drzewa? — nie dawał za wygraną Michaś. Czy widzisz, jak wrósł w mój pień? Czy słyszysz, jak tęsknie pobrzękuje na wietrze jego zwisający koniec? Tym łańcuchem nieszczęsnych niewolników przykuwano do moich stóp.
— Jesteś już duża, pójdź i oddaj babci! Ale uważaj, żebyś go nie zgubiła — powiedziała. «Bwago mojo» — to znaczy: «Tu zostawiam swe serce» — tymi słowami wśród mroków żegnali się z ojczyzną. Ewunia z Michasiem słuchali i nic nie rozumieli. Wieczorami zapędzano nieszczęśników do ciasnych komórek pod pokładem, gdzie skuci ciężkimi łańcuchami, siedząc w kucki, tuląc się do siebie, spędzali noc.
— Przyjaciele przysłali mi zaproszenie — powiedziała babcia — do kraju żyraf i słoni.
Jednak nie wszyscy biali byli źli.
— Z miłą chęcią, będę doglądała twoje kanarki, karmiła rybki, podlewała kaktusy, ale mieć jeszcze drugiego dragona w domu? — dziękuję pięknie, starczy mi jednego — odrzekła babcia Michasia.
Ewunia posłyszała głos wujka Ndogo i otworzyła oczy. Rozpaczliwie tłumiła płacz i łykała łzy. Ale dość tych smutnych opowieści. — Gdy wrócim wszystko wam dokładnie opowiemy i narysujemy. Jeszcze takiej nie było w naszym kraju.
— Czas do domu — rzekł wujek Ndogo i włączył silnik samochodu.

Original post by Iceman

Posted in Uncategorized | No Comments »

recykling kabli

Szkoła jogi Biuro podróży Travel Store